Mój kolega Michał zwykł mawiać: “Wszyscy jesteśmy z Moniek”. Te demograficzne spostrzeżenia zwykle uaktywniają się u kolegi Michała po kilku drinkach; najczęściej, kiedy rumieńców nabiera rozmowa dotycząca siermiężności Polonii. Bo Michał wprost mówi: ” K…a, jak długo jeszcze będziemy się reklamować w Ameryce przez folklor, pierogi i wycinanki”. 
Michał przyjechał do Ameryki 17 lat temu i twierdzi, że przez te wszystkie lata, wprawdzie zmieniały się miejsca promocji, ale ciągle sprzedaje się kraj nad Wisłą jakimiś niszowymi produktami.
Adrenalinę Michałowi podniosła wiadomość, że po raz czwarty z rzędu w jednym z najczęściej odwiedzanych przez turystów w Chicago miejscu, historycznym Navy Pier, na ostatni dzień lutego, zapowiedziano festiwal kultury polskiej, gdzie wystąpić miały zespoły ludowe: Wici, Lechicie i Lira.
Przez całe popołudnie na Navy Pier tańczyli więc kujawiaka, krakowiaka, oberka i serwowali pierogi. Z błogosławieństwem konsulatu RP.
Po kilku wizytach na takich imprezach nie tylko Amerykanin, ale także i zasiedziały w USA Polak może odnieść wrażenie, że w Polsce chodzi się w zapaskach, nieustannie maluje jajka, albo bombki, ugniata kapustę nogami a w najlepszym razie czyta dzieciom bajki o sierotce Marysi, co gęsi pasała. I do tego ta okazja – obchody dnia Kazimierza Pułaskiego w Illinois. „A co on,…bip…,w Wiciach tańczył?” – pyta retorycznie Michał studiując program imprezy.
Trudno mi się z Michałem nie zgodzić. Choć prowadzi to do smutnej konstatacji, że Polonia sama sprowadza się do poziomu prowincjonalnego miasteczka. Szczególnie, jeśli organizację takiego wydarzenia, które mogłoby stać się znakomitą okazją do pokazania, na przykład, naszych wyrobów ze szkła, kilimów, świetnych muzyków jazzowych, etc. powierza się osobie, która Polskę zna z albumów ze zdjęciami.
Początkowe spostrzeżenie Michała dotyczące naszej duchowej przynależności do Moniek, jest więc głębokiem wyrazem rezygnacji, której trudno się dziwić.
kolega Michała
PS. O istnieniu Moniek na mapie Polski nie miałem pojęcia, dokąd nie przyjechałem do Chicago, gdzie co drugi rodak pochodzi z tego podbiałostockiego miasteczka, które liczy coś koło 11 tysięcy, z czego więcej niż połowa – na uchodźstwie, w Chicago.




















5 Komentarze
Administrator zastrzega sobie prawo do usuwania komentarzy zawierających treści obraźliwe lub ataki osobiste. Dziękujemy za rzeczowe i kulturalne wpisy.
Bylaby to dosc zasmucajaca konstatacja Michala, gdyby nie fakt, ze sa jeszcze ludzie, ktorych cieszy taka impreza. Impra, jak skracaja mlodsi. Tance z pierogami i polskim piwem. Zespoly Lira, Wici albo plotki Kozuchowskiej, to “cos polskiego, nareszcie”. Sa tacy przybysze, ktorych o szybsze bicie serca przyprawia polskie slowo, nie wazne czy poprawnie wypowiedziane, sa sytuacje gdy przybysz o korzeniach zblizonych do polskich, z glebokiego zachodu lub z poludnia kontynentu zwanego Ameryka cieszy sie gdy slyszy “na zywo” Iwanska, Sztwiertnie, Auguscik, po przylocie do Chicago, polskiego miasta w US.
A gdyby organizatorzy (nie powiem kto, o nie) lepiej przygotowali tak wielkie imprezy, rozejrzeli siw wsrod mlodszych muzykow, plastykow i innych w Chicago i poza, to oprocz smacznego pieroga z golabkiem czy bigosem plus piwem, rozpoznawalnym wsrod zarlokow i piwoszy na miejscu, byloby inaczej choc moze nie od razu “najwyzsze loty”.
Lecz gdyby zaprosili tych jak pisza innych: “na przykład,tworcow naszych wyrobów ze szkła, kilimów, świetnych muzyków jazzowych, etc…” a nie powierzali wszystkiego osobie, która Polskę zna z albumów ze zdjęciami…gdyby! Ale coz, najlepiej powielac sprawdzone od wiekow wzorce, potem narzekac. Pieniadze? Dziel i rzadz:
divide & impera!
Imprezy sa adekwatne do potrzeb wiekszosci. Wiejskie odpusty i haltury. Zeby zwiekszyc ilosc uczestnikow na takich imprezach oprocz pierogow i piwa powinny byc w sprzedazy dla mezczyzn po 50% znizce krotkie spodenki, biale skarpetki w pol lydki i sandalki lub klapki. Czyli wyjsciowe ubranko Marianka.
A niestety Mariankami Polonia stoi
Mariankami, to malo powiedziane! Ludzie to sie chyba czasami nie widza. Te grzywki, buciki w szpic i krotkie kurteczki u panienek a goscie w bluzy w jakies kwiatki bratki i stokrotki ze zlotymi napisami, blu-toothy w uchu, korale na szyi i wio przez wies! Cepelia! Zero klasy. I niestety tan nas potem widza i z tego sie smieja.
A co się dziwić, 90% tych, co chodzą na te polonijne imprezy, to osoby, które w Polsce niczym by nie zaistniały, nikomu nie zaimponowały. W ten sposób ubierali się w ich wioskach ci, co mieli rodziny w USA i szpanowali na wiejskich czy małomiasteczkowych odpustach. I taki obrazek w umysłach pozostał, więc po przyjeździe tutaj ubierają się w ten sposób. Często jest też tak, że nawet znają angielski, którego przecież można się przy odrobinie chęci nauczyć, ale w amerykańskim śodowisku nie mają najmniejszych szans zabłysnąć, zaimponować czymkolwiek, bo niestety, inteligencji czy obycia towarzyskiego, o zabawianiu towarzystwa w jakiś sposób nie wspominając, tego nie da się ani kupić ani nauczyć. Wśród grona amerykańskich równieśników wzbudzają uśmiech politowania, są co najwytżej tolerowani, więc wracają do swoich kręgów, w których wśród podobnym sobie są nareszcie sobą.
Ich chęć sposobu ubierania się (wzorowany na zapamiętanej z wioski „elegancji”) można porównać do dosyć widocznego ostatnimi laty środowiska, które rekonstruuje udział wojska polskiego w II wojnie światowej, nazywa się to jakieś stowarzyszenie historii wojska polskiego. O ile te pokazy w Yorkville walk można zrozumieć, jako chęć pokazania historii, o tyle chodzenie w mundurach z II Korpusu (oczywiście wyłącznie z oficerskimi gwiazdkami, bo podoficera w tym towarzystwie nie uświadczysz) na tych polonijnych piknikach, jest obrazą dla prawdziwego żołnierza o oficerze już znowu nie mówiąc. Założę się, że bardzo niewielu z tych panów w ogóle było w jakiejkolwiek armii, w wojsku. Więc bawią się w wojsko, wyobrażając sobie, że są bohaterami spod Tobruku, Monte Casino… i czują się nareszcie kimś.
A dla mnie, byłego żołnierza czynnej służby “czerwonych beretów” a później „dwukontraktowego” (niektórzy wiedzą ile to lat) weterana 13 Półbrygady Legii Cudzoziemskiej ci „szwejcy” są zwyczajnie śmieszni.
Nawet na paradzie 3 maja, w której biorą udział na swoich odremontowanych „jeepach” czy „willysach”. Może gdyby wieźli na nich prawdziwych weteranów, można by ich potraktować bardziej poważnie. Ale gdzie tam, te pojazdy są dla nich, bo prawdziwe wojsko to oni.
I jeszcze jedno, jakim prawem przypinają sobie oficerskie stopnie? Jeżeli taki gość nie był w wojsku, albo wyszedł jako co najwyżej kapral z czynnej służby w wojsku polskim, nie ma najmniejszego prawa publicznie nosić oficerskich pagonów, gwiazdek i odznak. Nawet do „historycznego” munduru w którym paraduje po „jackowie” udając oficera.
Żałośni i śmieszni dorośli faceci, którzy jak gówniarze bawią się w wojsko, bo w prawdziwym wojsku nigdy nie byli.